Ut honoremur ab aliis, ipsi nos honoremus – Szanujmy się, a będziemy szanowani!


Warning: "continue" targeting switch is equivalent to "break". Did you mean to use "continue 2"? in /var/www/vhosts/institut-polonicus.eu/httpdocs/templates/polonicus/functions.php on line 185

Polacy i Niemcy w nowym imaginarium

Ponad 30 lat temu doszło do zjednoczenia Niemiec. Dziesięć lat wcześniej powstał największy we współczesnej historii Europy ruch społeczny. Co może łączyć te zdarzenia? Solidarność była początkiem lawiny, która zmiotła symbolizowany przez mur berliński podział Europy. Stało się to w sposób nietypowy. Szeryf ze słynnego filmu W samo południe z kartką wyborczą w dłoni stał się częścią naszej nowej tożsamości i naszego środkowoeuropejskiego marzenia. Niemcy też się zjednoczyły „nietypowo”, bo bez wojny i nie przeciw Europie, lecz z nią. Wzięły udział w przezwyciężaniu jej podziału. Było to również w oczywistym interesie Polski. Zjednoczenie przyniosło rozwiązanie tzw. kwestii niemieckiej: Niemcy stały się ostatecznie częścią zachodniej demokracji. W czerwcu 1991 r. Polska i Niemcy podpisały  traktat o dobrym sąsiedztwie.

Dzisiaj możemy powiedzieć, że Polacy i Niemcy w różny sposób przyczynili się do nieodwracalnych zmian na kontynencie. To, że Niemcy połączyły się dzięki procesowi, który rozpoczął się w Polsce, stało się politycznym kapitałem i obustronnym zobowiązaniem. Nastąpiła faza, w której dobre wiadomości dla Polski mogły być jednocześnie dobrymi dla Niemiec. I odwrotnie. Chodziło jednak o to, by nie tylko ułożyć sobie relacje dwustronne, ale także wspólnie uczynić coś dla społeczności międzynarodowej. I właśnie z tego wkładu wydobyć tlen dla relacji dwustronnych.

Dla Polaków i Niemców mam propozycję zbudowania nowego społecznego imaginarium i wypełniania go współczesną treścią. Za kanadyjskim filozofem Charles’em Taylorem przyjęło się rozumieć pod tym pojęciem, najkrócej mówiąc, osadzony w świadomości społecznej zespół wyobrażeń połączonych z emocjami, stanowiący podstawę nadawania znaczeń i wpływający na ludzkie działanie.  Nietrudno wskazać zdarzenia i procesy z okresu powojennego, ale szczególnie z epoki po 1989 roku, które jako doświadczenia obu społeczeństw mogą być źródłem wspólnych przeżyć i trwałych odniesień. Z naszymi relacjami dwustronnymi jest trochę tak, jak z Unią Europejską: sądziliśmy, że członkostwo w tych samych strukturach międzynarodowych zapewni nam automatycznie lepszą przyszłość i przełamanie barier historycznych. Ale kiedy przychodzą trudniejsze okresy, od razu się frustrujemy. Podobnie jak Unia stanęła dziś przed zadaniem odzyskania przyszłości, tak i dla stosunków polsko-niemieckich należałoby zadbać o atrakcyjną propozycję na przyszłość. Jednak potrzeba tu czegoś więcej niż dobrych tematów przyszłościowych. Istotne jest także, w jaki sposób opowiadamy sobie historię współczesną, czy umiemy tak opowiedzieć Wczoraj, aby zbudować Dziś.

Ludzie tworzą historię

W roku 1989 wszyscy w Europie Środkowo-Wschodniej wzajemnie dodawali sobie sił i zaczęli rozumieć, że tworzą wspólnotę. I to jest historia, którą powinniśmy dziś opowiadać. Historia o tym, że berliński mur nie zawalił się sam. Że zmianę systemu poprzedziła długa faza ruchów opozycyjnych. Roland Jahn, były opozycjonista z Jeny, zwykł mawiać, że pamiętnego 9 października 1989 roku w Lipsku – w słynnej demonstracji wolności – szła też symbolicznie polska Solidarność. A my w Warszawie od czerwca tego samego roku, z zapartym tchem i pełni nadziei, śledziliśmy modlitwy pokoju w kościele św. Mikołaja w Lipsku. Tak rodzi się Europa, pomyśleliśmy.

Dlatego tak ważne jest, żeby wyjść poza wąską narodowo-heroiczną perspektywę, kiedy przypominamy zdarzenia sprzed ponad 40 czy 30 lat. Do kogo należy rok 1989? Kto obalił system - rządy czy ludzie? Najważniejszym wnioskiem z tego roku cudów jest ten, że to ludzie tworzą historię. Dobrze wiemy o historycznych zasługach polityków. Trzeba jednak pamiętać, że równie istotną rolę odegrał nowy aktor, który wkroczył wówczas na scenę, czyli społeczeństwo. Jeżeli odsuniemy ludzi na drugi plan, to umknie nam to, co najważniejsze, co stanowiło istotę tej rewolucji: że gilotynę zastąpił okrągły stół.

Czasami sprowadza się znaczenie roku 1989 do rozpadu nieefektywnych systemów na peryferiach. W ten sposób faktyczne dokonania ludzi stają się bagatelą, jakimś nieistotnym przypisem historii. A przecież mamy dobre argumenty, aby mówić o podwójnym założeniu Unii Europejskiej, najpierw po roku 1945, a później po 1989. Odczytanie tradycji europejskiej nie wybiórczo, lecz w całości, dałoby nam z pewnością lepsze narzędzia do radzenia sobie z kryzysami i skutecznego przeciwstawiania próbom podziałów. To pomijanie perspektywy wschodnioeuropejskiej służy bowiem niektórym politykom z naszej części Europy jako pretekst do wykorzystywania tezy o Zachodzie, który nie rozumie i nie lubi Wschodu. Głoszą oni na przykład, że Zachód dlatego właśnie nie chce zaakceptować naszego specyficznego podejścia do kwestii praworządności czy migracji. Tak jakby zasady państwa prawnego były sprawą interpretacji i dawały się przedstawić jako rodzaj kolorytu lokalnego.

Tkanka łączna

Po zmianie systemu UE stała się projekcją naszych aspiracji politycznych i modernizacyjnych. Ten uogólniony cel wystarczająco uzasadniał reformy i związane z nimi wyrzeczenia. Inicjował także społeczne procesy edukacyjne, z których jeden chciałbym tu krótko omówić. Fazie odkrywania siebie na nowo towarzyszyło przyzwyczajanie się do państw, które stały się naszymi nowymi sąsiadami. I wtedy Polacy szybko zrozumieli, że zajmowanie się sobą ma sens, jeśli włączymy do tego sąsiadów, spojrzymy na siebie także ich oczami. Berliński historyk Peter Bender znany był z powiedzenia: Interesuję się Polską, bo interesuję się Niemcami; tylko jeśli włożę polskie okulary, zobaczę prawdziwy obraz mojego kraju. Polacy spróbowali zastosować ten sam zabieg wobec ukraińskich czy litewskich sąsiadów.

Odkrywanie na nowo sąsiadów przywracało niektóre tradycje dawnego polskiego pogranicza. Tereny takie uważa się często za wylęgarnie narodowych szowinizmów. Ale są one także miejscem kształtowania się zupełnie innych, bardzo specyficznych postaw, jak na przykład człowieka pogranicza. To ktoś, kto wie, że na ławce trzeba usiąść w taki sposób, żeby zostawić miejsce dla kogoś innego, mówiącego może innym językiem lub wyznającego inną wiarę. Poeta Czesław Miłosz, który w przedwojennym Wilnie napatrzył się na szalejące nacjonalizmy, zdecydował się pójść właśnie tą drogą, wybrał wariant wielokulturowego, otwartego człowieka pogranicza. Nazywał siebie „producentem tkanki łącznej”, empatycznym pośrednikiem, co miało wyrażać jego powołanie i misję życiową. Dużo później, w 2014 roku inny człowiek pogranicza, Kaszub Donald Tusk objął stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej z ambicjami, które formułował bardzo podobnie.

Polska Solidarność od początku wzięła sobie do serca tę rolę oraz pojmowała ją jako zobowiązanie regionalne i europejskie. Doroczne obchody powstania Solidarności 31 sierpnia w Gdańsku tradycyjnie poświęcane są tym, którzy znaleźli się w opresji i potrzebują naszego wsparcia. W roku 2020 upamiętniono 40. rocznicę gestem solidarności wobec protestujących w Białorusi oraz środowisk LGBT w Polsce. Dobrze opowiedziane Wczoraj pomaga lepiej zrozumieć Dziś.

Więzi wyobrażone

W powojennej historii wiele było zdarzeń, które stały się polsko-niemieckimi kamieniami milowymi. Powstały one za sprawą postaci, które potrafiły dotknąć wrażliwych strun bądź skutecznie przerzucały pomosty między dwoma wspólnotami. Każda wspólnota jest z natury rzeczy abstrakcyjna czy wyobrażona, jak stwierdził amerykański politolog Benedict Anderson. Aby jakaś wspólnota, powiedzmy polsko-niemiecka, mogła powstać i trwać, potrzebuje ona czegoś w rodzaju więzi wyobrażonej. Czyli bliskości zaakceptowanej wewnętrznie dzięki temu, że wspólne doświadczenia osadzają się  w świadomości zbiorowej i stają źródłem znaczeń. Nie żyjemy bowiem tylko w krajach czy miejscowościach, lecz także w opowieściach. Nie wystarczy na przykład w języku politycznym ogłosić wspólnotę interesów. Może się ona przekształcić w rzeczywistą i żywą wspólnotę tylko wtedy, gdy będzie jej towarzyszyć więź wyobrażona.

Reprezentuję tu pogląd, że właśnie z tych powodów nie powinniśmy zbyt łatwo trwonić dorobku polsko-niemieckich opowieści z okresu powojennego. Zawiera się w nich potencjał tkanki łącznej, jak choćby zapamiętane doświadczenie wspólnego losu z 1989 roku. Są przynajmniej trzy korzyści wynikające ze zdarzeń z udziałem żyjących pokoleń, które ponadto przetrwały próbę czasu. Są one bardziej odporne na oddziaływanie politycznej niepogody, bo związane są z ludzkim zaangażowaniem i prawdziwymi emocjami. Po drugie, jeżeli taka niepogoda na pewien czas jednak zapanuje, to zostanie nam przynajmniej dowód empiryczny, że można też inaczej, i że do tego kiedyś da się wrócić. I wreszcie, elementy łączące, które wyrastały oddolnie i kształtowały się historycznie, będą w mniejszym stopniu podatne na ideologicznie motywowane instrumentalizacje.

Jak wygumkować przełom?

Mamy dziś mnóstwo przykładów takich instrumentalizacji. Do tej pory wydawało nam się, że w roku 1989 przeżyliśmy serię pokojowych rewolucji. Rok cudów, nazywany też jesienią ludów, bywa dziś jednak przedstawiany jako powód prawdziwych rewolucji, które dopiero teraz - albo zachodzą, albo powinny się wkrótce odbyć. Na przykład na Węgrzech w 2010 roku wydarzyła się, jak się tam oficjalnie określa, nieliberalna rewolucja. Dopiero wprowadzony dzięki niej model miał zapewnić krajowi gospodarczy sukces i stabilizację. I jeżeli coś temu modelowi i jego efektywności zagraża, to jest to brukselski dyktat.

Także w Polsce uznano za niezbędne ogłoszenie nowej rewolucji. Nie tyle, by nadrobić zaniedbania transformacji, ile by pomniejszyć znaczenie rozmów przy okrągłym stole, które przez wielu określane są jako zdrada i spisek elit. Interesujące, jak silnie w moim kraju rozpowszechnione jest przekonanie, że wszystko, co istotne i trwałe musi być „wywalczone”. Okrągły stół, przy którym coś zaledwie „wynegocjowano”, nie bardzo się więc nadaje na mit założycielski epoki. Tym samym jego miejsce jest na śmietniku historii.

Trochę to przypomina rozpowszechnione w niektórych środowiskach niemieckich wmawianie sobie poczucia klęski po 1989 roku. Nawołuje się do nowego przełomu, swego rodzaju Wende 2.0, w celu przepracowania doświadczeń związanych z procesami migracyjnymi. Im mniej pamięta się o roli aktywistów z jesieni 1989 roku, tym łatwiej przychodzi popieranie poglądu, że prawdziwa rewolucja to dopiero ta, która ma nadejść, żeby naprawić błędy poprzedniej, mniej istotnej. Trzeba wszakże zaznaczyć, że wspomniane tendencje mają w Niemczech raczej ograniczony zasięg – jeśli mogę sobie pozwolić na subiektywną opinię z zewnątrz. 

To przeinaczanie historii służy głównie temu, byśmy nie szukali naszych deficytów tam, gdzie one są naprawdę, lecz tam, gdzie chcą je zobaczyć polityczni szarlatani. Na przykład nie ma nic wspólnego z rzekomym zachodnim niezrozumieniem Wschodu, jeśli demokrację próbuje się tam pojmować w ten sposób, że większość może robić co chce. Państwa Europy Środkowowschodniej wstępując do Unii zobowiązały się do przyjęcia Acquis communautaire, czyli systemu polegającego na wolności słowa i pluralizmie. Każda forma odrzucenia tych wartości musi oznaczać wybór drogi w kierunku ustroju autorytarnego i groźbę rozpadu Wspólnoty.

Z innym wariantem pojęciowego pomieszania mamy do czynienia, gdy marginalizowane w społeczeństwie grupy przedstawia się jako „sprawców” dążących do kulturowej hegemonii. Skoro można je o to oskarżyć, to otwiera się droga do uzasadnienia ich dyskryminacji jako obrony koniecznej. Zdarza się nawet, że możliwość obrażania ludzi i szerzenia nienawiści nazywane są elementarnymi prawami człowieka, którym – niestety - zagraża dziś rzekomy alians brukselskich biurokratów, liberałów oraz na przykład lesbijek. Przejawem omawianej tendencji w Polsce stało się niedawne ogłoszenie stref wolnych od ideologii LGBT w kilku regionach. Jest rzeczywiście gorzką ironią, że w sierpniu 2020 roku byli stoczniowcy i dzisiejsi Gdańszczanie musieli we własnym kraju apelować o respektowanie praw marginalizowanych mniejszości. Być może łatwiej by nam było rozwiązywać obecne problemy, gdybyśmy skuteczniej stawiali tamę zakłamywaniu prawdziwego sensu przełomu 1989 roku.

Poskładać rozrzucone litery

Nie ma dzisiaj dobrej koniunktury dla profesjonalnych objaśniaczy świata. Nie dlatego, żeby nie mieli nam nic interesującego do powiedzenia, lecz z powodu eksploatowania tradycyjnych linii podziału, których młodzi po prostu nie rozumieją. Nie pojmują, dlaczego każda polsko-niemiecka debata musi nieuchronnie prowadzić do dylematu: rozliczenie albo pojednanie, wyczuwają w niej element psychologicznej kontynuacji wojny. No i widzą, jak wielu polityków nie może się oprzeć pokusie, by to instrumentalizować. 

Młodzi nie są zafascynowani polską narracją doganiania, nie podzielają tej nieopisanej radości, jaką odczuwają starsi, kiedy uda się zrobić jeszcze jeden maleńki krok skracający nasz dystans do Zachodu. Młodsze pokolenia w Polsce nie chcą już gonić Zachodu, lecz uczestniczyć w uczciwej z nim konkurencji. Co powinno być możliwe w Unii Europejskiej, która dziś dla wszystkich staje się naturalną wspólnotą doświadczeń. Polacy coraz bardziej oceniają Unię przez pryzmat zapewnienia warunków takiej uczciwej konkurencji.

Antyeuropejskie kampanie elit politycznych przyniosą w dłuższej perspektywie raczej skutki odwrotne od zamierzonych. I nie ułatwią, lecz utrudnią rozwiązywanie rzeczywistych konfliktów interesów i nieporozumień, które przecież zawsze będą występować. Polskie społeczeństwo staje się coraz bardziej liberalne, otwarte, kosmopolityczne i w dłuższej perspektywie taka tendencja będzie się tylko umacniać. Wynika to niezbicie z systematycznie prowadzonych studiów i analiz społecznych. I niech nas nie zmylą krzykliwe symptomy obecności świata, który chce opóźnić swoje nieuchronne odejście.  Tymczasem można odnieść wrażenie, że ważne stolice europejskie milcząco przyjmują założenie o zamkniętym i antyliberalnym polskim społeczeństwie, którego obecny rząd  jest prawdziwą i trwałą emanacją.

Relacje obu społeczeństw były w dużym stopniu odbiciem modelu integracji europejskiej, który polegał na zasypywaniu rowów między bogatymi i biednymi oraz scalaniu kontynentu. W takim świecie Polska pełniła rolę istotnego łącznika i mogła boksować ponad wagę. To się jednak zmienia, zamiast konwergencji bardziej będzie się teraz liczył trwały rozwój uwzględniający cele klimatyczne oraz poza-ekonomiczne miary tego, co nazywamy dobrym społeczeństwem. Polacy i Niemcy będą musieli dostosować swe relacje do wspomnianych zmian. I to ten proces, bardziej niż cokolwiek innego, powinien wyznaczać ramy nowego polsko-niemieckiego imaginarium.

Z pewnością złożona i pogmatwana przeszłość europejska jest nadal opowiadana głównie z zachodniej perspektywy. Stąd też koncepcje europeizacji noszą bardzo wyraźne piętno Zachodu. Ponadto nie wszystkie kryteria europejskiej tożsamości zbiorowej, często formułowane w kontekście historii niemieckiej, dają się przełożyć na realia Polski czy innych krajów tej części Europy. Mówi o tym Aleida Assmann, dla której na przykład denacjonalizacja jest „specyficznie niemieckim marzeniem, będącym odpowiedzią na specyficznie niemiecki koszmar narodowego socjalizmu”. Są to aspekty, które także powinny znaleźć miejsce i zasłużyć na krytyczną uwagę w nowym imaginarium.

Przed kilkoma laty zorganizowano w Berlinie wielką wystawę Obok (Tür an Tür), poświęconą polsko-niemieckiemu sąsiedztwu. Zwiedzający mieli tam okazję wejść do kultowej w Polsce instalacji Stanisława Dróżdża pt. Między, która stanowiła metaforę relacji ludzi i narodów, relacji zasadniczo niegotowych, różnorodnych i czekających na ułożenie. Zwiedzający musieli sami poskładać pozornie przypadkowo rozrzucone na wszystkich powierzchniach litery, aby odczytać zawarte w tytule przesłanie. Podczas prywatnego zwiedzania z kanclerz Angelą Merkel dyskutowaliśmy o konieczności samodzielnego wypełnienia tej przestrzeni „między nami”, zamiast nadal zastygać w historycznych dekoracjach.

Chyba nadszedł czas, aby młodzi Polacy wspólnie z ich niemieckimi rówieśnikami znaleźli siły, aby po swojemu ułożyć litery słowa między. Wszyscy oni interesują się dzisiaj poprawą jakości powietrza, kwestiami rynku pracy, nierównościami społecznymi, prawami mniejszości czy nową rolą gigantów cyfrowych. W trakcie mentalnej rewolucji, której symptomów trudno już dziś nie dostrzegać, młodzi Polacy sami odkryją, że to ludzie tworzą historię. I sami sobie znajdą producentów tkanki łącznej. Może dopiero wtedy zaciekawią ich rodacy, którzy kiedyś próbowali lepiej poznać sąsiadów.

dr Marek Prawda