Zawsze byłem językoznawcą dla ludzi...

Prof. Jan Miodek laureat nagrody Polonicus 2015

Z profesorem Janem Miodkiem - dyrektorem Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, popularyzatorem wiedzy o języku polskim prowadzącym program telewizyjny Słownik polsko@polski - rozmawia Agata Lewandowski

Przed kilkoma laty prowadził Pan program Ojczyzna-Polszczyzna. My, Polacy za granicą, kiedy spotykamy się ze sobą poza krajem, zdajemy sobie sprawę, że to właśnie język definuje nasze poczucie polskości.

Profesor Jan Miodek: Tak, to rozumie się lepiej, mocniej właśnie za granicą. Przeżywa się tę „ojczyznę-polszczyznę” bardziej uczuciowo „z oddali”, nawiązując do książki Jana Nowaka Jeziorańskiego o tym samym tytule. I tę tożsamość, którą tak pięknie wymyślił Julian Tuwim w słowach „ojczyzna-polszczyzna” w wierszu Zieleń. Władysław Stecewicz – pomysłodawca programu emitowanego w latach 1987-2007, świetnie wykorzystał tę zbitkę wyrazową z wiersza Tuwima, która oddaje istotę rzeczy. Ja wymyśliłem czołówkę muzyczną, którą był znany fragment chopinowski.

Kiedy odbierałem nagrodę zasłużonego dla Polonii i Polaków za granicą rok temu w Zamku Królewskim w Warszawie, podkreślałem wielokrotnie: Rodacy drodzy, mówcie do swoich dzieci w domu po polsku! Te dzieci są i tak sto razy lepsze językowo od rodziców, bo dziecku wystarczy tydzień w piaskownicy z Niemcami, Anglikami czy Francuzami, żeby zacząć mówić w językach swych kolegów, nie zabierajcie im kapitału, jakim jest język matki, ojca, również ze względów czysto praktycznych, bo przecież to jest kapitał na przyszłe życie, może nawet zawodowe. Jeżeli oni będą mówić dodatkowo po polsku, to będą mieli atut w miejscu pracy, będą mogli być reprezentantami swojej firmy w Polsce. Rzadko się zdarza, by Polacy za granicą nie mieli rodzin w Polsce i – niestety kiedy przyjeżdżają do kraju swoich przodków– okazuje się, że dzieci mówią tylko po niemiecku czy angielsku. Bardzo cierpią na tym ich relacje z dziadkami, kiedy nie ma porozumienia językowego.

 

Mógłby Pan jako językoznawca polecić metody, w jaki sposób zachęcić młodego człowieka za granicą do nauki tak trudnego języka, jakim jest polski?

Przede wszystkim musimy obalić mit, że polski jest językiem trudnym, bo nie ma języków trudnych i łatwych. Każdy język ma swoje łatwiejsze i trudniejsze pola. Polszczyzna nie jest wyjątkiem, nie jest ani wybitnie trudna, ani łatwa, to „przeciętny” indoeuropejski język. Jeżeli porównamy polszczyznę z angielszczyzną, to na łatwiejsze nauczenie się podstawowego poziomu języka angielskiego – szybkie i płytkie, wpływa brak fleksji, czyli systemu odmiany przez przypadki. Natomiast potem badacze stwierdzają, że na wyższym poziomie edukacji językowej angielski jest o wiele trudniejszy od polskiego.

Nigdy nie czułem się dobrze jako metodyk nauczania, natomiast zawsze wierzyłem w intuicję. Jestem z natury intuicjonistą. Jeśli w programie Słownik polsko@polski, nadawanym od 2009 roku, coraz częściej mamy połączenia ze szkołami polskimi za granicą, to znaczy, że zainteresowanie wśród tamtejszej młodzieży językiem polskim jest coraz większe, co mnie bardzo cieszy.

W Polsce mam najlepszy przykład: moi sąsiedzi – małżeństwo polsko-amerykańskie mają dwie córeczki. Mama Polka mówi z dziećmi tylko po polsku, tata Amerykanin – tylko po angielsku i te dzieci są idealnie dwujęzyczne. Córka znajomej, zamieszkała w Szwajcarii, mówi do swoich dzieci po polsku, a jej mąż po niemiecku i jest to samo. Do takiej postawy Polaków rozsianych po świecie zachęcam. Trzeba pamietać przy tym, że Polacy, którzy wyjechali za granicę w wieku 20-25 lat, nie osiągną takiej perfekcji języka obcego jak ich urodzone tam dzieci.

Pan jest również osobą dwujęzyczną – biorąc pod uwagę, że jest Pan Ślązakiem?

Na tę gwarę mogę przejść w każdej chwili, chociaż czasem już nie jestem pewny, kiedy proszą mnie o dokładne przetłumaczenie czegoś, ale spontanicznie mówię po śląsku bez problemu.

Lubi Pan swoją dwujęzyczność?

Powołam się na największego uznawanego w literaturze Niemca – Johanna Wolfganga Goethe, który powiedział, że ile znasz języków, tyle razy jesteś człowiekiem. Granice mojego języka są granicami mojego świata – powiedział z kolei Ludwig Wittgenstein – wielki filozof języka. Znając obcy język, przekraczamy granice świata i to jest coś wspaniałego. Te konfrontacje polsko-innojęzyczne są często w obrębie jednej rodziny językowej niezwykle ciekawe. I bardzo się cieszę, że za kilka tygodni znajdę się w tej sali w Ratuszu w Akwizgranie (Aachen), w której przed kilkunastoma laty odbierał Nagrodę Europejską Vaclav Havel, ponieważ to on jest moim mistrzem duchowym. Czytam jego "Siłę bezsilnych", która w oryginale jest "Mocą bezmocnych" i tak sobie myślę: jakie to jest cudowne - my mamy moc i ktoś może być wszechmocny, ale może być tylko bezsilnym. Dlatego tę "moc" przetłumaczono z czeskiego na "siłę". W języku ukraińskim szpital to lekarnia, a w rosyjskim – bolnica, co znaczy, że Ukraińcy eksponują w tej sytuacji lekarza czyli tego, który przychodzi z pomocą, a Rosjanie – ból czyli chorobę.

Nasz poczciwy ołówek, który sprawia największe problemy Niemcom – co sprawdziłem jak byłem lektorem języka w Muenster - skonfrontowany z Bleistiftem ukazuje dwa typy języka. Język polski jest raczej ekonomiczniejszy, bo z ołowianego sztyftu robi ołówek, a niemiecki jest bardziej precyzyjny, ponieważ łączy bezpośrednio ołów ze sztyftem. Fascynująca konfrontacja!

Zanim został Pan językoznawcą, chciał Pan być dziennikarzem.

Media zawsze na moją wyobraźnię mocno działały. Za swoich mistrzów słowa uważam tych, którzy docierali do mojego zmysłu słuchu. Niedawno Polska żegnała nestora, legendę polskiego sprawozdawstwa sportowego, Bohdana Tomaszewskiego. Był on moim mistrzem od czasów mojego dzieciństwa i pozostał do swoich ostatnich dni. Żył prawie sto lat, bo 94, przyjaźniliśmy się i często do siebie dzwoniliśmy, prowadząc pogawędki na temat języka. Za młodu chciałem zostać dziennikarzem radiowym, potem kiedy rodzice w 1961 roku kupili telewizor, to marzenie zostało niejako postanowione. Nie chwaląc się, miałem z wszystkich przedmiotów dobre oceny, a pod bokiem, obok moich rodzinnych Tarnowskich Gór, były Gliwice z politechniką i Zabrze z medycyną, a ja wybrałem studia humanistyczne – i to we Wrocławiu, z postanowieniem, że po nich zostanę właśnie dziennikarzem. Ale po drodze zdarzyli się nauczyciele językoznawcy, którzy mnie przekabacili na swoją stronę, jeśli chodzi o wybór specjalności magisterskiej. Profesor Stanisław Rospond, z podszeptu moich nauczycieli akademickich zostawił mnie u siebie, czyli w Katedrze Języka Polskiego. Jako 22-letni stażysta objąłem też wtedy rubrykę językową we wrocławskim „Słowie Polskim”, którą cotygodniowo prowadzę do dziś. Byłem wykładowcą, który miał swoje obowiązki dydaktyczne na uniwersytecie, zrobiłem doktorat i habilitowałem się, ale jednocześnie stałem się „językoznawcą dla ludzi”. W 1987 roku w Świdnicy na Święcie Słowa wypatrzył mnie wspomniany Władysław Stecewicz i zaproponował udział w programie Ojczyzna-Polszczyzna, emitowanym przez dwadzieścia lat w „Dwójce”. A potem zgłosili się Darek Dyner i Witek Świetnicki i jako spółka autorska zaproponowali mi Słownik polsko@polski, który realizujemy od 6 lat dla Telewizji Polskiej. Tak w skrócie przedstawia się moja droga od Tarnowskich Gór przez językoznawstwo do dziennikarstwa, które spełniło się jako marzenie, bo od razu była praca w gazecie, a potem – w radiu i telewizji.

 

Co Pana razi najbardziej we współczesnym języku polskim?

Najbardziej mnie martwi, że polskie społeczeństwo jest bardzo podzielone politycznie. I ta wzajemna niechęć jest coraz silniejsza, stąd agresja językowa w rodzinach lub nakierowana na nieprzyjaciół. To bardzo smutne. Nie ubolewam nad potocyzacją języka, ponieważ zawsze powtarzam, że bez form potocznych można by zwariować w życiu codziennym, ale ludzie nie mają wyczucia, że w oficjalnej sytuacji komunikacyjnej nie wypada się wkurzać, opierdzielać kogoś, mówić o mężczyźnie, że to jest facet. Ten facet nie jest wprawdzie wulgarny, ale potoczny i ubolewam, że on wchodzi do oficjalnej polszczyzny. Są też wyrazy „modne”. Jak przed kilkoma laty Polacy uczepili się wyrazu ciężki, to zapomnieli, że coś może być trudne, niełatwe, skomplikowane, wszystko teraz jest więc ciężkie. Ktoś kiedyś w programie telewizyjnym zakończył swoją wypowiedź długim taaak i teraz wszyscy to powtarzają. Nie ma nic gorszego niż wyrazy „modne”, bo one zabijają to, co nazywam najcudowniejszą cudownością języka, czyli formy wariantywne. Ale ze spokojem przyjmuję te zmiany, ponieważ biorąc pod uwagę 38 milionów Polaków w Polsce i 17 milionów Polaków za granicą, należymy do czołówki języków na świecie.

Co jest wyjątkowo pięknego w polszczyźnie?

Każdy język jest piękny, ponieważ stanowi istotę człowieka, jako forma myśli. To nasze człowieczeństwo, nie ma innego zjawiska fizjologicznego, które by odróżniało od zwierząt. Przez język poznajemy świat. To fenomen, dany nam czy przez naturę, czy przez Pana Boga – nie chcę w to głębiej wchodzić, aby nie ranić czyjś przekonań. To cud, który psycholog i językoznawca niemiecki Walter Porzig nazwał Wunder der Sprache. Język jest cudem w życiu każdego z nas.

 

Kiedy wypowiada się Pan na temat języka polskiego, brzmi to tak, jakby Pan był w nim zakochany.

Wszyscy mi to mówią, za co serdecznie dziękuję. Dziękuję Panu Bogu, że mnie takim stworzył, bo gdybym "przynudzał", to bym nie mógł tego robić, co lubię. Powiem nieskromnie: wiem, że mnie studenci lubią, ponieważ po wejściu do Unii musieliśmy na Uniwersytecie Wrocławskim poddać się ocenie studentów i ich opinia była rozczulającą, największą radością u schyłku kariery akademickiej, bo nieuchronnie zbliżam się do jej końca czyli przejścia na emeryturę.

Z naszych wcześniejszych rozmów wynika, że lubi Pan też język niemiecki?

Jest mi on najbliższy z języków zachodnich. Nie jestem żadnym poliglotą. Nie uczyłem się języka niemieckiego w szkole, ponieważ na Górnym Śląsku do 1989 roku działało zarządzenie, zabraniające nauki języka niemieckiego, więc prywatnie chodziłem przed maturą na lekcje, a potem miałem już lektorat na studiach. Natomiast latem 1975-1977 byłem lektorem języka polskiego na Uniwersytecie Wilhelma w Wesfalii. Stąd moje cieplejsze relacje z kolegami z Niemiec, a szczególnie ze Slavisch-Baltisches Seminar, Bispinghof 3A - adres do dziś pamiętam doskonale, ponieważ okazali mi oni wtedy bardzo dużo serca.

Jakie są podobieństwa w naszych językach – polskim i niemieckim?

Od Portugalii po Indie wszyscy jesteśmy z jednego praindoeuropejskiego pnia i to nie jest przypadkowa zbieżność naszego brata i niemieckiej formy Bruder, niemieckiej Schwester i naszej siostry, polskiego leżeć i niemieckiego legen, polskiego domu i niemieckiego Dom, teraz w użyciu jako katedra. Tylko nie praindoeuropejczykami w Europie są Finowie, Węgrzy i Estończycy. To są ludy ugrofińskie, a i jeszcze Baskowie nie są indoeuropejscy. Niemiecki jest językiem naszego najbliższego sąsiada, w związku z czym powinowactwa językowe są wielkie. Wprawdzie my należymy do słowiańskiej grupy językowej, a Niemcy – do germańskiej, w której jest też angielski, ale nasze języki są sobie bliskie ze względu na nasze wspólne zaplecze historyczne.

Jak utrzymać kulturę języka polskiego żyjąc za granicą?

Bardzo szanuje wszystkich Polaków, mówiących po polsku za granicą, ale muszę przyznać, że najpiękniej mówi stara Polonia – ludzie, którzy są tam niekiedy od czasów drugiej wojny światowej i ci, którzy wyjechali 20-30 lat temu, ponieważ ich polski nie ma naleciałości obcojęzycznych. Natomiast śmieszą mnie tacy, którzy wyjechali 2-3 lata temu i na siłę próbują sobie stworzyć fonetykę angielską czy niemiecką, a pokazując na młotek czy okno pytają: jak to się u was na to mówi. Udają, że zapomnieli słów typu – podłoga, sufit.

Ważne, żeby nie mieszać języków, ale jest to z drugiej strony zasadne, bo dzieci znajomych w Niemczech jak im ucieknie słowo potrafią powiedzieć, że coś jest rotowe – czerwone, albo grinowe – zielone, czyli do podstawy leksykalnej niemieckiej doczepiają formy gramatyczne polskie. Znam to od dzieciństwa, ponieważ pochodzę z Górnego Śląska, związanego językowo z Niemcami. Kiedy byłem bajtlem 7-letnim, zaczynaliśmy mecz od wilowania – to znaczy z niemieckiego sich weahlen – wybierania drużyny, potem Ball (piłkę) ustawiliśmy na micie (środku), zachęcaliśmy się do krycia okrzykiem dekuj go (kryj) i do tego graliśmy w kiepki, czyli w „główki”.

Jeżeli Polacy w Niemczech mają dostęp do polskiego radia i telewizji, to warto, żeby ją oglądali. Warto być na bieżąco z literaturą, czytać nowości wydawnicze, żeby znać zmiany, zachodzące w polskiej mowie. Język Prusa, Sienkiewicza czy Orzeszkowej jest piękny, ponieważ to polszczyzna najwyższej próby, ale warto też czytać współczesnych autorów i dobrą prasę, na przykład tygodniki, żebyw ten sposób zachować ten kontakt. Będziemy wtedy z polszczyzną za pan brat.

Zapomniał Pan dodać, że język polski możemy doskonalić go przez oglądanie Słownika polsko@polskiego w Telewizji Polonia...

Ja tego nie powiedziałem – uśmiecha się profesor Jan Miodek – ale na koniec wywiadu chciałem serdecznie po polsku pozdrowić wszystkich Polaków za granicą i do zobaczenia w Akwizgranie.

Rozmawiała Agata Lewandowski