Integracja europejska to cywilizacyjny wybór

Europa w globalnym świecie

Po referendum brytyjskim w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej i wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych Europa stara się odzyskać pewność kierunku, w którym należy zmierzać. Te dwa wstrząsy wymuszają powrót do refleksji nad jej miejscem w globalnym świecie i relacjami z pozostałymi aktorami na scenie międzynarodowej, a także skłaniają do namysłu nad kondycją Wspólnoty. Można więc mówić o „amerykańskiej” i „brytyjskiej” lekcji, którą Unia ma do odrobienia. I na obu chciałbym się skoncentrować w tym tekście. Wynikają z nich pewne wnioski na przyszłość UE i, oczywiście, dla Polski.

Lekcja amerykańska

Po wyborach w USA pojawiła się tendencja do kwestionowania wielu powojennych zasad współpracy transatlantyckiej i roli instytucji międzynarodowych, które zapewniły pokój i wolny handel. Teraz miałyby być programowo osłabiane, by zrobić miejsce dla mocarstw, także regionalnych, urządzających świat poprzez umowy dwustronne i wokół wyznawanych przez siebie wartości. Tak jak w przeszłości niektóre struktury wielostronne stawały się fasadowe, ich czas mijał, tak też i teraz może dojść do odmagnetyzowania znaczenia Unii i jej stopniowej dezintegracji. Lepiej więc się na to wcześniej przygotować i postawić na związki bilateralne z potęgami światowymi. Jednocześnie trzeba zaakceptować system oparty na relacjach transakcyjnych, kierujący się wąsko pojmowanymi zasadami pomnażania zysków, protekcjonizmem i prawem silniejszego.

Na Zachodzie zapanowały nastroje antyelitarne, zaczęto poddawać w wątpliwość liberalne recepty na rozwiązanie problemów gospodarczych i społecznych, na przykład tych związanych z migracjami. Na to wszystko nałożyły się krytyczne debaty nad społecznymi skutkami transformacji w nowych państwach członkowskich UE. W efekcie, w Europie Środkowo-Wschodniej popularność zaczęły zyskiwać alternatywne koncepcje rozwoju, budowane na założeniu, że zarówno instytucje międzynarodowe, jak i europejskie potęgi będą tracić na znaczeniu.

Obrońcy liberalnej demokracji pytają natomiast, czy warto stawiać pod znakiem zapytania wypracowany z takim trudem dorobek instytucji międzynarodowych. Czy warto wracać do jakiejś wersji koncertu mocarstw i protekcjonizmu? Przecież dobrze wiemy, jak to się zwykle kończyło. Czy warto rezygnować z systemu opartego na solidarnych zobowiązaniach i wspólnym podejmowaniu decyzji? Postawiona wobec takich wyzwań Europa odrzuciła te nowe proponowane reguły gry i pozostała przy swoich. Odpowiedziała, że będzie pracować nad wizją przyszłości według własnych zasad. Wie, że może być konkurencyjna, nie mimo respektowania tych zasad, ale właśnie dzięki nim. Dobrze wiadomo na przykład, że inwestycje przychodzą do krajów stabilnych instytucji demokratycznych, tam też lepiej rozwijają się innowacje. Kto, jeśli nie Unia, może stworzyć międzynarodowy sojusz zdolny do przeciwstawienia się protekcjonistycznym receptom na ulepszenie świata? Albo: kto jest w stanie stworzyć najlepsze narzędzia, by bronić się przed ciemnymi stronami globalizacji, chronić tych, którzy stracili na wolnym handlu i dbać o przestrzeganie standardów socjalnych?

To Unia wydaje 87 miliardów dolarów rocznie na pomoc rozwojową, podczas gdy Stany Zjednoczone – 31, co jest niezbędnym elementem strategii zapobiegania konfliktom. Pokazuje, że jest w stanie wyciągnąć rękę do potrzebujących, choćby do Bangladeszu, który eksportuje do krajów Wspólnoty towary za 15 miliardów euro dzięki preferencyjnym, zerowym taryfom celnym. UE współpracuje też z Jordanią, która przyjęła miliony uchodźców z Syrii. Olbrzymia pomoc tam kierowana jest uwarunkowana stwarzaniem miejsc pracy dla tych uchodźców. Nie wszyscy dzisiaj przejmują się takimi sprawami, zwłaszcza w fazie pewnego renesansu egoizmów narodowych. Wartości i odpowiedzialność pozostają „walutą”, którą Europa zawsze będzie mogła skutecznie konkurować. Polskim zwolennikom zastąpienia UE nową edycją koncertu mocarstw gospodarczych i politycznych warto zwrócić uwagę, że udział USA w bilansie bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Polsce wynosi 2,5 procent (udział Niemiec to 20%), a w polskim handlu – 3 procent (udział Niemiec to 25%).

Lipcowe spotkanie prezydentów Stanów Zjednoczonych i Rosji w Helsinkach dopisało nowy rozdział do rozgrywającego się dramatu. Stosunki transatlantyckie muszą pozostać dla Europy w wymiarze bezpieczeństwa priorytetowe. Ale dziś prezydent Trump nie kryje się z zamiarami rozbijania integracji europejskiej, a to, że Władimir Putin źle życzy Unii, wiadomo od bardzo dawna. W tej sytuacji opieranie przez jakieś państwo członkowskie UE dwustronnych relacji z Waszyngtonem na gruncie „antyeuropejskości” wydaje się działaniem ryzykownym, żeby nie powiedzieć straceńczym. Zakładając, że w tej jednej sprawie – osłabiania Unii Europejskiej i wywracania panującego ładu – oba mocarstwa mogą prowadzić wspólną grę, trzeba mieć świadomość, że prowadziłoby to nieuchronnie do odtworzenia wpływów Rosji w regionie. Czyli obniżenia statusu bezpieczeństwa państw naszego regionu.

Bez unijnego parasola kraje Europy stałyby się coraz mniej znaczącymi pionkami na globalnej szachownicy. W zamian za gwarancje bezpieczeństwa byłyby rozgrywane przez mocarstwa, które wymuszą na nich lojalność i podążanie za ich interesami. Jak ocenił Andrzej Halesiak na łamach „Rzeczpospolitej” (20.06.2017), pogarsza się globalny klimat dla małych i średnich państw, które w spokojnych czasach mogły oszczędzać na wydatkach na obronność, za to swobodnie korzystać z liberalizacji handlu i przepływu technologii. Sprawy się komplikują w fazie wzrostu napięć politycznych i względnego osłabienia instytucji międzynarodowych. Trzeba też uwzględnić, że linia frontu obrony własnych interesów przebiega dziś nie tylko między państwami, lecz coraz wyraźniej w relacjach z korporacjami międzynarodowymi. Zdaniem Halesiaka, dla małych i średnich krajów „nie są to sprzyjające warunki do prowadzenia gry na własny rachunek”.

Zważywszy na te i wcześniej wspomniane tendencje, można zakładać, że rola Unii w globalnej polityce gospodarczej powinna raczej wzrastać, a nie się zmniejszać. Stabilny wzrost i wyraźne oznaki przełamania kryzysu w UE (wreszcie ruszyły inwestycje) będą także sprzyjać odbudowie na scenie międzynarodowej jej znaczenia oraz specyficznej unijnej soft power. Nadspodziewanie wiele państw przyśpieszyło ostatnio starania o zawarcie umów handlowych z Unią. A w kręgach gospodarczych w państwach samej UE nie trzeba nikogo przekonywać, że na poziomie Wspólnoty nieporównanie łatwiej jest przełamywać bariery handlowe w relacjach z trudnymi partnerami na innych kontynentach. Wiedzą o tym polscy producenci kosmetyków (krakowska Bielenda) czy ceramiki (bolesławiecka „Manufaktura”), którzy po wejściu w życie umowy UE – Korea Południowa w 2011 roku zanotowali rakietowe wzrosty eksportowe. Bolesławiec stał się dzięki temu europejskim centrum ceramiki, a miasto i region przeżywają okres prosperity.

Powrót polityki

W Brukseli wiele mówi się obecnie o wymuszonym powrocie polityki. Integrację europejską zwykło się określać jako projekt pokojowy. Ale skoro pokój w Europie zależy dziś bardziej niż w przeszłości od sytuacji poza Europą, to należy inaczej spojrzeć na unijną politykę zagraniczną. Nadać jej nowy sens i status. Zagranica długo nie była w centrum zainteresowania UE, unijna dyplomacja powstała przecież dopiero niedawno. Jednak napięcia i konflikty w bezpośrednim sąsiedztwie czy kryzys migracyjny nie pozostawiły nam wielkiego wyboru. Postulat odpolitycznienia Wspólnoty i przesadna wiara w zbawczą moc samych zasad i regulacji stały się utopijne. Urlop od geopolityki właśnie się skończył. Nie da się dłużej polegać wyłącznie na amerykańskim parasolu bezpieczeństwa, trzeba więcej inwestować w obronność, łączyć zasoby i wzmacniać zdolności instytucji. Słychać głosy, by liderzy państw zajmowali się intensywnie polityką zagraniczną nie tylko w czasie kryzysów, lecz na co dzień. Tylko wtedy ta polityka nie będzie wyłącznie domeną największych i najważniejszych albo, patrząc pod innym kątem, może się stać czymś więcej niż tylko sumą polityk państw członkowskich.

Unia, ze swoim przywiązaniem do soft power, do cierpliwego poszukiwania rozwiązań prawnych i dyplomacji wielostronnej, musi się teraz przystosować do nowej rzeczywistości: powrotu mocarstw i świata policentrycznego. Z tym wiąże się konieczność zmiany własnego wizerunku i pewnego zredukowania ambicji. Najważniejsze wydają się tu dwa aspekty. Po pierwsze, odejście od postrzegania siebie jako awangardy porządku liberalnego, uniwersalnego mentora. Ta autopercepcja ustępuje dziś innej: Unii jako podmiotu chroniącego zdobycze liberalnej demokracji przede wszystkim u siebie i w relacji do otoczenia, które w znacznym stopniu podporządkowane jest Realpolitik oraz ma inne niż UE punkty odniesienia. Po drugie, należy porzucić złudzenia, że da się ukształtować partnerów na swoją modłę. Nie można też traktować sąsiadów jako zasadniczo przyszłych członków tej samej Wspólnoty, milcząco zakładając, że będą się o to starać.

Próbą wyciągnięcia wniosków z tych przemian było przyjęcie w czerwcu 2016 roku nowej Globalnej Strategii UE na rzecz polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Kieruje się ona logiką pragmatyzmu z zasadami, stawia na cele skromniejsze, ale bardziej realistyczne, etapowe, związane z gwarantowaniem stabilności i elementarnego bezpieczeństwa. Nie rezygnując z wyznawanych zasad i wartości demokratycznych, wprowadza korekty na rzecz większego zróżnicowania środków i dróg dochodzenia do celów zawartych w europejskiej wizji porządku międzynarodowego. Strategia uwzględnia, że nasi partnerzy nie chcą być traktowani jako elementy sztucznie tworzonych bloków w regionie, które poddaje się standardowym kryteriom ocen. Nie czują się oni dobrze w roli obiektów pedagogicznej troski Zachodu. Aby kontynuować swoją politykę sąsiedztwa, Unia będzie musiała więcej zainwestować w głębsze zrozumienie realiów w krajach partnerskich, by wspólnie z nimi wyznaczać indywidualne ścieżki reform.

Ogólnie, Unia musi zaakceptować fakt, że być może w jej sąsiedztwie w dłuższej perspektywie będą istnieć państwa związane z mocarstwami regionalnymi, podporządkowane innym systemom wartości. Zachwiała się wiara w dominację modelu liberalnej demokracji i jej powszechną atrakcyjność. Okazało się, że także w Europie zyskały na popularności konkurencyjne modele rozwoju. W tym sensie Unia skazana jest na rodzaj geopolitycznej samotności.

Jednak w tej nieuchronnej lekcji pokory i obniżeniu poziomu oczekiwań zawarta jest także istotna szansa nowej legitymizacji projektu integracyjnego. „Powrót polityki” nie oznacza przecież w istocie kapitulacji, lecz raczej zdolność przystosowania się do nowych realiów, dokonywania zmian, które pomogą obywatelom lepiej zrozumieć, co Unia im daje i przed czym może ich uchronić. Czyli – po co w ogóle jest. I dlaczego lepiej w niej być.

Lekcja brytyjska

Decyzja Brytyjczyków o opuszczeniu UE podważyła przekonanie, że każdy kryzys tylko nas wzmacnia, że wychodzimy z niego bogatsi o nowe instrumenty, które przydadzą się w przyszłości. Negocjatorzy pracują nad ograniczeniem szkód dla obu stron, ale nikt nie mówi dziś, że tych szkód w ogóle nie będzie. Lekcja brytyjska to zadanie takiego ułożenia relacji w gronie UE-27, by zbudować trwałą tożsamość pomniejszonej Wspólnoty i by wyłoniła się z tego Unia sprawniejsza i bardziej odporna na kryzysy. Co zrobić, żeby tak się stało?

Integracja europejska zasadzała się na stworzeniu takiego splotu interesów między państwami, by wyeliminować możliwość konfliktów zbrojnych. Z tego wynikało szereg wniosków, które uznawaliśmy za oczywiste zarówno dla układania relacji wewnątrz Unii, jak i z naszymi sąsiadami. W fazie skumulowania kryzysów wiele z tych pewników zostało jednak zakwestionowanych. Na przykład ten, że bliskie relacje polityczne i handlowe z sąsiadami Unii prowadzą automatycznie do transferu naszych standardów i wartości; tymczasem zamiast eksportowania wartości, zdarzało nam się importować chaos. Europejska solidarność zaczęła się kruszyć, a współzależność, która miała stawiać tamę trującym sporom historycznym, stawała się niekiedy ich nowym źródłem. Jak w ostrej fazie kryzysu finansowego w strefie euro, kiedy w relacjach Berlina z Atenami obficie posługiwano się argumentacją historyczną. A przecież to właśnie współpraca w ramach strefy euro miała być najdalej idącym przykładem praktykowanej współzależności, skutecznie stawiającej tamę demonom przeszłości. Rzecz jasna przy założeniu, że ta strefa dobrze funkcjonuje.

Za jeden z oczywistych priorytetów należało więc uznać dokończenie reformy Unii gospodarczej i walutowej (UGiW). Unia zdała sobie ponadto sprawę, że obywatele mierzą dziś efekty jej działań nie tylko skutecznością w promowaniu postępu. Zaczęli się wyraźnie obawiać ubocznych skutków globalizacji, otwarcia granic czy szeroko rozumianej współzależności. Oczekują, że Unia przywróci im poczucie bezpieczeństwa, pomagając też ochronić tożsamość, która ich zdaniem może być zagrożona. Przekłada się to na ogólny postulat wypracowania środków skutecznej ochrony przed negatywnymi stronami globalizacji.

Współczesna opowieść europejska nie powinna być już tylko powielaniem pierwotnych uzasadnień Unii jako projektu pokojowego, ani też koncentrować się na świadczeniach finansowych. Na plan pierwszy wysuwa się dziś narracja ochrony przed negatywnymi skutkami globalizacji, wsparta argumentacją, że wspólnie łatwiej nam będzie sprostać wyzwaniom, które już są lub dopiero się pojawią. A kiedy istniejące rozwiązania nie wystarczają (na przykład, aby usunąć sprzeczność między nieograniczoną władzą rynków a nie nadążającą za tym regulacyjną kompetencją państw), to będziemy pracować nad lepszymi.

Do tego katalogu wniosków warto dodać skutki funkcjonowania Unii od 2008 roku w trybie zarządzania kryzysami: finansowym, ukraińskim, migracyjnym. To koncentrowanie się na „gaszeniu pożarów” usuwało w cień realny dorobek Unii, na przykład programy ratunkowe dla zadłużonych państw, budowanie unii energetycznej, unii bankowej. Nie było czasu i możliwości na dyskontowanie tego dorobku, na pokazywanie, co Unia jest w stanie zrobić dla obywateli, że jest blisko ludzi. Pozbawiona tego najważniejszego dla siebie instrumentu legitymizacji, Unia traciła wizerunkowo, kojarzyła się z kryzysami. Czyli do prawdziwych kłopotów – jakby ich było mało – doszedł jeszcze problem percepcji. Traktowania Unii bardziej jako problemu niż rozwiązania.

Na tym tle sprawą pilną stało się przejście od logiki gaszenia pożarów do logiki pokryzysowej, do zarządzania wyzwaniami przyszłości. Przed tym zadaniem stanął przewodniczący Komisji, Jean-Claude Juncker, który we wrześniu 2017 roku przedstawił orędzie o stanie Unii Europejskiej. Uznał, że skoro mamy wzrost, skoro zwiększyło się zatrudnienie i wreszcie ruszyły inwestycje, to możemy ogłosić koniec kryzysu. Antyunijny populizm umocnił się wprawdzie na scenie politycznej, jednak nie był w stanie zagrozić politycznemu porządkowi w Europie. W reakcji na tę populistyczną falę nastąpiło nawet w większości krajów dostrzegalne proeuropejskie przebudzenie. Uaktywnili się ci, którym zależy na zachowaniu dorobku integracyjnego. Dlatego Juncker zaapelował o zagospodarowanie optymizmu na rynkach i wykorzystanie pomyślnych wiatrów.

Opowiada się on za syntezą rozwiązań liberalnych i socjalnych, kładzie akcent na harmonizowanie standardów socjalnych w Unii, podziela diagnozę, iż dziś ważniejsze od ideologicznych gorsetów staje się konsolidowanie szerokiego obozu zwolenników otwartości i współpracy. Juncker odczytuje znaki czasu podobnie jak prezydent Francji, Emmanuel Macron. O ile jednak Macron apeluje o przyspieszenie integracji nawet w mniejszym gronie państw (Europa dwóch prędkości), o tyle Juncker czuje się odpowiedzialny za ratowanie integralności EU-27. Rozumie, że najwolniejsi nie powinni wyznaczać tempa reform całej Unii, chciałby jednak, by Unia co do zasady była skrojona pod jedność, a nie pod wiele prędkości.

Przewodniczący Komisji proponuje więc próbę domknięcia kilku projektów integracyjnych, głównie Unii gospodarczej i walutowej, Schengen oraz unii bankowej. Jeżeli na ścieżce do ich dokończenia znajdą się prawie wszyscy, to mówienie o różnych prędkościach stanie się bezprzedmiotowe. Zrobimy w ten sposób istotny krok w kierunku Europy spójnej i bardziej zjednoczonej. Juncker, po pierwsze, złożył Berlinowi i Paryżowi ofertę rozwiązań, które mogłyby ułatwić dojście do kompromisu w sprawie brakującego elementu unii bankowej, co, jak wiadomo, blokuje szersze reformy UGiW. Po drugie, zaprosił Rumunię i Bułgarię do szybkiego przystąpienia do strefy Schengen. Po trzecie, krajom pozostającym jeszcze poza strefą wspólnej waluty przedstawił program technicznego i finansowego wsparcia starań o przyjęcie euro.

Te oferty są skierowane między innymi do Polski i kilku krajów regionu, zaniepokojonych wizją Europy dwóch prędkości. Warto zwrócić uwagę, iż jest to bardzo czytelny sygnał wysyłany przez Junckera do tych krajów w sytuacji, gdy rosnąca liczba państw członkowskich opowiada się za dalszą integracją Unii wokół strefy euro, chcąc także uzależniać pomoc dla beneficjentów netto od ich zaangażowania w solidarnych działaniach na rzecz uchodźców czy przestrzegania zasad praworządności. Juncker daje do zrozumienia, że to Komisja Europejska – tak bardzo przez nie krytykowana – jest w istocie ich najważniejszym sojusznikiem. Bo to zadaniem Komisji jest dbanie o integralność Wspólnoty i wciskanie hamulca, kiedy pojawia się pokusa dzielenia jej na kawałki. Ta pokusa wzrosła po przedstawieniu przez KE w maju 2018 roku projektu budżetu wieloletniego na okres 2021–27.

W trakcie negocjacji nad budżetem szybko się okaże, że dla Polski – o ile nadal byłaby obciążona procedurą naruszenia zasady praworządności – kłopotem będzie nie tyle stanowisko Komisji, ile presja podatników i przedsiębiorców wywierana na rządy w państwach członkowskich. Przede wszystkim w państwach – płatnikach netto będą oni pytać o skuteczność stosowania prawa unijnego w warunkach, ich zdaniem, podporządkowania sądownictwa kontroli politycznej. Na tym tle pojawią się propozycje powiązania dostępu do środków unijnych ze spełnianiem warunków dotyczących praworządności. I nawet nie chodzi o to, w jakim stopniu tę warunkowość dałoby się wprowadzić. Ani czy w ewentualnym głosowaniu nad art. 7.1 Traktatu UE („ryzyko naruszenia zasad praworządności”) znajdzie się potrzebna do przegłosowania stanowiska Rady liczba państw. Problemu z praworządnością lepiej byłoby przed tymi kluczowymi negocjacjami w ogóle nie mieć, ponieważ stanowi on poważne obciążenie pozycji negocjacyjnej i zdolności zawierania koalicji.

Podsumowując wątek naprawy Unii i jej przyszłego kształtu można zaryzykować opinię, że dominować będą raczej wysiłki na rzecz skutecznego zarządzania różnorodnością, a nie umacniania jednolitości integracji pod hasłem: więcej Europy w każdej dziedzinie. Istotne będzie przede wszystkim, by ta różnorodność (dziś już przecież i tak obecna) umacniała integrację i pozwalała zachować jej spójność instytucjonalno-prawną, a nie przyczyniała się do fragmentacji. I nie będą miały wzięcia pomysły rozbierania ścianek działowych gmachu europejskiego, zacierania tożsamości i kultur narodowych. Tego się dziś prawie nikt nie domaga. Pomysły te przetrwają już chyba tylko jako fantom, dyżurna broń przeciwników Unii.

Trudno powiedzieć, że wybór przedstawionej drogi jest jakąś szczególną zasługą lub lekcją z doświadczenia brexitu. Kampanię za brexitem trudno uznać za dowód mądrości politycznej i rozsądku – Unię zbyt często traktowano w Zjednoczonym Królestwie jako zakładnika wewnętrznych frustracji i partyjnych interesów. Wynika z tego raczej nauczka, że jeśli będąc w Unii próbuje się jednocześnie budować wobec niej dystans, czyli organizuje taki wewnętrzny exit, to traci się wiarygodność potrzebną później do powstrzymania czy kontrolowania tego procesu.

Moment europejski

Dla Polski wynika z powyższych rozważań prosty wniosek o konieczności określenia własnego momentu europejskiego. Teraz, kiedy Unia odzyskuje siły i szykują się ważne decyzje o jej przyszłości, trzeba mieć poważnych sojuszników i unikać zbędnych problemów. Przekłada się to na pytanie, jak znaleźć kompromis w sprawie ochrony praworządności, by zachować zdolność koalicyjną w czasie negocjowania unijnego budżetu wieloletniego. Jak nie roztrwonić atutów, które dawały Polsce „nadwyżkę znaczenia” w zabiegach o własne interesy. To te atuty sprawiły, że Warszawa wynegocjowała w aktualnym budżecie (2014–2020) o 4,5 miliarda euro więcej niż w poprzednim rozdaniu, mimo że był on dla wszystkich państw członkowskich o 40 miliardów euro mniejszy. Polskę kojarzono z racjonalnym korzystaniem z unijnych środków oraz z aktywnymi działaniami na rzecz budowania Wspólnoty.

Kolejnym wyzwaniem pozostaje uniknięcie Europy wielu prędkości, czyli ryzyka odsunięcia na margines wpływu i od dostępu do środków. Brak uczestnictwa w kluczowych dla Unii politykach to zamknięcie sobie drogi do zasobów, które teraz będą przede wszystkim tam kierowane. Jednocześnie nieobecność w tych najważniejszych projektach (na przykład migracje, obronność) prowadziłaby do wykluczenia się z trzonu decyzyjnego Wspólnoty. Polska przez wiele lat budowała swą reputację jako łącznik między strefą euro i krajami spoza niej. Broniąc swoich interesów i nie dopuszczając do rozbicia Unii, realizowała jednocześnie ważny cel wspólnotowy. Dzięki temu była wspierana i słuchana.

Unia nie jest rajem na ziemi, ale to stosunkowo bezpieczne miejsce w czasach niespokojnych. Zwłaszcza dla kraju, który przez stulecia skazany był na życie w geopolitycznym przeciągu – na wschód od Zachodu i na zachód od Wschodu, czyli nigdzie. Zbyt wiele polskich pokoleń skazanych było na niepewne trwanie w ziemi niczyjej, by teraz tracić szanse na historyczne zakotwiczenie.

Unia nie jest nam potrzebna jako utopia pozwalająca na ucieczkę od realnych problemów. Nie jest też mitem, który ma unieważnić lub zastąpić czymś innym kulturowe korzenie. Integracja europejska to cywilizacyjny wybór, który pomaga te korzenie ocalić i, dzięki współczesnym dokonaniom, uczynić lepiej zrozumiałymi dla innych. Alternatywa to karmienie się mitami i iluzjami na własny temat, które nikogo nie obchodzą. Tylko że Polska tego nie potrzebuje, bo między innymi właśnie członkostwo w Unii pozwoliło jej umocnić poczucie własnej wartości. I choćby z tego powodu nie powinna wyzbywać się miejsca w jej rdzeniu.

Marek Prawda

dyplomata, były ambasador RP w Niemczech, Dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.

Artykuł wyraża prywatne poglądy autora.